Relacja z wyprawy - Spitsbrgen -Arktyka 2010

kwiecień 6th, 2011

W połowie lipca 2010 r. Sebastian umieścił na forach turystycznych propozycję wyjazdu na Spitsbergen. Nie łatwo znaleźć ekipę na taki wyjazd, ale … ;)

Jako pierwszy na ogłoszenie Sebastiana odpisał Jarek, więc było już ich dwóch, kolejnymi osobami (piszącymi do Sebastiana), które wyraziły chęć uczestnictwa w wyprawie była Ania i Natalia. Początkiem sierpnia zgłosił się Lucek i Mateusz – „bez nich wyprawa to nie byłoby to samo” – dodaje Jarek po powrocie.

Reklama : przeprowadzki

Nikt z nas się nie znał, każdy zapewne miał duże wątpliwości, ale wszyscy mieliśmy to samo marzenie – Spitsbergen. Zaraz po tym jak podjęliśmy ostateczną decyzję o wyjeździe spotkaliśmy się w Krakowie. 14 lipca zobaczyliśmy się pierwszy raz w jednej z krakowskich knajpek. Kupiliśmy bilety na lot Wrocław – Oslo (tak było najtaniej) co było równoznaczne z tym, że decyzja zapadła, chyba każdy z nas pomyślał: NIEMOŻLIWE STAJĘ SIĘ MOŻLIWE.

Reklama : rehabilitacja bobath

Główny pomysłodawca czyli Sebastian mówi: „po pierwszym spotkaniu, zakupie biletów byłem prze szczęśliwy – w końcu spełnia się moje marzenie o dalekiej północy”.

Pierwszego spotkałem Jarka – od razu odniosłem super wrażenie na jego temat – sprawiał wrażenie, że wie co robi.
Ania – konkretna dziewczyna, chcąca się dobrze przygotować do wyjazdu – na pewno dobrze jeżeli chodzi o sprzęt – jednak osobiście wiele jej nie poznałem na pierwszym spotkaniu.

Natalia – „przestraszyłem się, że taka drobna dziewczyna porywa się na taką wyprawę!”, a po wyprawie dopisuje do tego: „jednak już teraz wiem, że moje obawy były nie słuszne. Bardzo inteligentna, wydaje się świetnym kompanem do podróży w trudnych warunkach.”

Reklama : fuchs oleje

Sebastian z kolei dał po sobie poznać, że dużo podróżuje i nic mu nie jest straszne, i chyba każdy odebrał go jako wielkiego optymistę, wykorzystującego każdą wolna chwilę na rzeczy, które na prawdę lubi.

Z kolei Jarek komentuje następująco: „Wrażenia po pierwszym spotkaniu … hmmm, dziwne. Na pewno, słuchając opowieści pozostałych osób odnosiłem wrażenie, że mają już „dużo więcej” za sobą (może nie chodziło tutaj o doświadczenie, ale o inne wyprawy). Ale jak się później okazało, to nie do końca tak było. Na pewno nie przejmowałem się moją kondycją. Wiedziałem, że jest dobra i że jeśli przyjdzie taki moment kryzysowy, to trzeba będzie zacisnąć żeby i iść dalej. Tego też dnia zakupiliśmy pierwsze bilety na lot do Oslo, więc wstępnie klamka zapadła :-P . Tak na 99% nie było już odwrotu po zakupieniu pozostałych biletów (do Tromso i na Spits).”

Reklama : pizza vilnius

Pierwsze spotkanie pozwoliło również nam na stwierdzenie, że każdy z nas jest inny, ale dzięki temu wyprawa była jeszcze ciekawsza, każdy z nas „wnosił” coś swojego i dzięki temu nic nas nie zaskoczyło.

Kolejny raz spotkaliśmy się w Tatrach – Natalia, Jarek i Sebastian. Po tych dwóch dniach spędzonych ze sobą mogliśmy już troszkę więcej powiedzieć na swój temat:

Reklama : szkolenia tips Kraków

„Wyprawa w Tatry była sprawdzianem naszej kondycji, sprawdzianem czy do siebie pasujemy jako ekipa – uważam, że wszystko się ułożyło na prawdę świetnie, na wysokim poziomie i kondycyjnym i mentalnym. Obawiałem się przed wyjazdem, że jako pomysłodawca wyjazdy na Spits – w jakiś sposób nie dam rady, że inne osoby będą lepiej przygotowane fizycznie – jednak sądzę po wypadzie w góry, że wszystko jak najbardziej ok.”
Sebastian zwrócił jeszcze uwagę, że : „Ludzie dzielą się na takich, którzy nie wiedzą nic o tym gdzie jest Spits, co to jest… Są ludzie, którzy wspierają, podrzucają pomysły, pytają, są zaciekawieni – takie wsparcie otrzymuję od rodziców, i najbliższych przyjaciół. Są też ludzie, podróżnicy, którzy uważają nas za smarkaczy, którzy sobie wymyślili dziwne miejsce i że w żaden sposób nie damy rady, nie wiemy co robimy – strasznie to irytuje – taka opinia, jeżeli ludzie nas nie znają i nie wiedzą nic o naszej wyprawie.”

Reklama :  logopeda warszawa

Na początku sierpnia poznajemy się z Luckiem i Mateuszem, którzy dołączyli do nas najpóźniej. Spędzamy wspólnie weekend w górach i w Rybniku.

Sebastian: „dobrze się dobraliśmy jeżeli chodzi o tempo chodzenia, cele – i najważniejsze, że jest wesoło. Jedyną niewiadomą, do której mamy na dzień dzisiejszy obawy to tylko Ania – nie wiele o niej wiemy…” i rzeczywiście, w trakcie pobytu na Svalbardzie widać, było, że nasza piątka jest już ”zżyta”, a Anię dopiero poznajemy.”

Kilka dni później kupiliśmy bilety Oslo – Tromso – Longyearbyen. Teraz już naprawdę klamka zapadła. Sebastian z Jarkiem zajęli się sprawami związanymi z misiami polarnymi – załatwienie pozwolenia na broń, którą będziemy pożyczać na miejscu, pisanie do tamtejszych wypożyczalni sprzętu w sprawie połtykaczy, rakietnic itd. A to wszystko tylko dlatego, żeby nas misie polarne nie zjadły ;)

Reklama : transport na lotnisko pyrzowice

Przygotowanie naszej wyprawy to także sprawdzenie warunków klimatycznych, pogody, godzin, w których wschodzi i zachodzi słońce, załatwienie telefonu satelitarnego, sprawdzenie jakie warto wziąć pożywienie, aby było lekkie, a zarazem wysokoenergetyczne.

Planując wszystko cały czas mieliśmy na uwadze to, że musimy zmieścić się w 20 kg bagażu normalnego i 8 kg bagażu podręcznego. Nasz ekwipunek to sprzęt – namiot, maty karimaty, śpiwory, kije, obuwie, stuptuty, wodery, palniki gazowe, menażki, termosy, apteczki, duża ilość ciepłych ubrań, aparaty fotograficzne no i oczywiście jedzenie.

Reklama : meble biurowe warszawa

To wszystko początkowo wydaje się niczym strasznym, ale jak pomyślimy o tym, że przez 9 dni trekkingu będziemy musimy, to wszystko nosić to chyba każdy czuje zaniepokojenie.

Kluczową sprawą jest także odpowiednie przygotowanie również psychicznie. Zapewne każdy z nas odpowiedział sobie na pytania: czy wytrzymam 9 dni w temperaturze 0 st. lub niższej, czy jestem przygotowany na naprawdę ekstremalne warunki? czy wytrzymam ten czas bez ciepłej bieżącej wody i czy wiem jak tam będzie wyglądała higiena. Pojawiało się w między czasie jeszcze wiele innych pytań.

Reklama : integracja sensoryczna
4 września 2010 r.

O 16.00 dojeżdżamy na lotnisko we Wrocławiu, spotykamy się ze znajomymi, którzy przyjechali po nasze autko. O 17.00 odprawa, a już o 19.00 zaczynamy pierwszy etap naszej podróży na Spitsbergen czyli lot do Oslo. Dwie godziny później jesteśmy w Oslo gdzie na lotnisku spędzamy noc – dopiero z rana mamy lot do Tromso.

5 września 2010 r.

Kolejny lot Oslo – Tromso mija spokojnie, ale emocje są coraz większe. W Tromso kolejna „przesiadka” – tym razem już do Longyearbyen. Po dwóch godzinach lotu (16.00) jesteśmy na miejscu. Niesamowite emocje i pierwsze kroki na Arktyce, wszyscy jesteśmy zafascynowani, pomimo, że jest mgła i za wiele nie widać … już nam się podobało – nie byliśmy świadomi, że kolejne dni przyniosą jeszcze więcej pięknych widoków i cudownych wrażeń.

Reklama : paintball warszawa

Zaraz po wylądowaniu udaliśmy się na camping. Pracująca tam Holenderka udzieliła nam informacji dotyczących noclegu. Ponadto dała nam liczne rady na następne dni, dotyczące m.in.: sposobu organizacji wart, czy też przydatnej broni.

Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy kolację i poszliśmy na spacerek z herbatką z prądem – mgła się rozeszła i pokazały się piękne widoki.

Sebastian: „Po wylądowaniu w Longyearbyen pierwsze wrażenie super – piękna sceneria – taka jak miała być – pogoda ciężkawa – również taka jak miała być. Rozmowy wieczorne z Holenderką dolewały oliwy do ognia i wzmagały emocje – pamiętam jak dziś, gdy opowiadała jak niebezpieczne są niedźwiedzie, jak bardzo trzeba na siebie uważać – nikt w tedy się nie uśmiechał, każdy był chyba przestraszony.”

Reklama : kancelaria adwokacka Warszawa Centrum

6 września 2010r.

Wstaliśmy rano po pierwszej nocy w temperaturze ok. 0 stopni – to pierwszy dzień naszego trekkingu – z rana było mgliście. Początkowo chcieliśmy dotrzeć do Barentsburga. Zapakowaliśmy nasze 25 – 30 kg plecaki i ruszyliśmy. Najpierw do miasteczka po broń, a później w „drogę”. Szliśmy cały czas w górę lecz mgła nie ustępowała, a widoczność była bardzo ograniczona. Okazało się, że weszliśmy bardzo stromym żlebem na półkę skalną … a wydawało nam się, że idziemy drogą :/ Mgła się rozeszła i dopiero wtedy zobaczyliśmy gdzie tak naprawdę jesteśmy. Oczywiście nie dało iść się dalej musieliśmy zejść po obsuwających się kamieniach. Zejście było o wiele trudniejsze od wyjścia. Zajęło nam to właściwie cały dzień.

Reklama ; kosmetyczka Warszawa

Stwierdziliśmy, że pójdziemy do Barentsburga wybrzeżem, dlatego rozbiliśmy „obóz” przy morzu. W tą noc pełniliśmy pierwszą wartę – 1godz 15 min i zmiana przy czym jedna osoba śpi całą noc, wymieniamy się wg ustalonej kolejki.

Humory nas nie opuszczały pomimo, tego, że nie udało nam się zacząć trasy do wyznaczonego celu.

Sebastian: „W dniu wypożyczenia broni poczułem, że wyprawa rozpoczyna się na dobre – ruszamy! Pierwsza droga do Barentsburga – ciężka, nie do przebycia – bałem się wchodzić i schodzić po piargu – myślałem tylko kiedy się to osunie i nas przygniotą kamienie – poziom adrenaliny bardzo wysoki – super! Gdy weszliśmy na „szczyt” – piękny widok, ale też rozczarowanie, że jednak trzeba zawrócić. Zdałem sobie sprawę, że jest to na prawdę dzikie miejsce… trudno trzeba znaleźć inną drogę… ta pieprzona mgła!”

Reklama : depilacja laserowa Kraków

7 września 2010r.

Drugi dzień marszu. Jeszcze z rana nie mieliśmy konkretnego planu gdzie idziemy, bo w sumie wczoraj straciliśmy dzień więc rozum podpowiadał, że może nam braknąć czasu, aby dojść i wrócić z Barentsburga.

Sebastian: „Kolejnego dnia super – idziemy piękna trasą, napotykamy pierwszego renifera – czuć Arktykę! Widoki cudowne, atmosfera super – strzelanie z broni – po raz kolejny przez chwilê nikt się nie uśmiecha – czujemy chyba respekt przed bronią palną. Gdy dochodzimy do miejsca gdzie zdaje się, że nie ma dalszej drogi – Lucek, Mateusz i Ja jednak znajdujemy – jednak prowadzi ona niestety na około, sporo trzeba przejść – szkoda, że jednak się nie zdecydowaliśmy, chyba zmęczenie dało się we znaki, no i osoba osłabiająca grupę – Ania. Noc cudowna, zaczyna padać śnieg, jest zimno, moja jedyna warta na tym wyjeździe – nie zapomnę do końca życia, dookoła cisza, ogromne przestrzenie, całkowita dzicz.”

Reklama :  neurolog dziecięcy warszawa

8 września 2010r.

Wstajemy rana i pierwsze co widzimy to śnieg. Zjedliśmy śniadanko i kierowaliśmy się w dół do miasteczka. Miał być spokojny dzień, ale schodząc w dół naszą uwagę przyciągnął Lodowiec, na który weszliśmy najpierw bez plecaków. Po wyjściu na szczyt zobaczyliśmy „Svalbard z góry” co było niesamowite, dlatego też zeszliśmy na dół zabraliśmy plecaki i wdrapaliśmy się na niego z powrotem. Szliśmy płaskowyżem w kierunku odległej stacji badawczej. Co chwilę spotykaliśmy renifery. Bardzo zmęczeni na koniec dnia doszliśmy do celu czyli wspomnianej stacji, lecz okazało się, że tam nie możemy się rozbić. Człowiek tam pracujący wydrukował nam mapkę i udaliśmy się w miejsce wskazane przez niego na nocleg. Byliśmy dziś bardzo zmęczeni. Miejsce, które wybraliśmy na nocleg wydawało nam się w miarę bezpieczne, w związku z czym postanowiliśmy, że tego dnia nie będziemy pełnić wart..

Reklama : kowalstwo artystyczne warszawa

Sebastian: „Kolejnego dnia wchodzimy lodowcem na „plato” – jeszcze bardziej czuć arktyczną atmosferę – lodowiec, piękna pogoda, przyroda, renifery – TAK MIAŁO BYĆ! Dochodzimy do „NASA” – na całym wyjeździe cenię sobie najbardziej wszystko czego człowiek nie zmienił, niż to co człowiek stworzył – więc „NASA” fajne, ale można się bez tego obyć”.

Reklama : neurologia warszawa

9 września 2010r.

Spaliśmy do 10.30 odsypiając 3 dni męczącego marszu. Na zewnątrz śnieżek i delikatny mrozik. Zjedliśmy śniadanie i poszliśmy do Longyearbyen. Obóz pozostawiliśmy w tym samym miejscu. W miasteczku wysłaliśmy kartki, zjedliśmy jak dla nas drogie jogurty, banany, chleb i colę ;) Po „obiadku” udaliśmy się do kościoła. W kościółku, a właściwie w świetlicy przykościelnej spotkaliśmy sympatyczną Litwinkę, która udzieliła nam wiele informacji o Spitsbergenie, m.in. dowiedzieliśmy się, że nie można się rozbijać na trawie, bo większość roślin jest pod ochroną, a my oczywiście do tej pory prawie każdy nasz „obóz” umiejscawialiśmy właśnie w takich miejscach.

Reklama : gadżety promocyjne

W dniu dzisiejszym przede wszystkim odpoczęliśmy chodząc bez plecaków, oraz rozgrzewając się w plebanii.
„Nowością” dnia dzisiejszego był spotkany lis polarny, którego widzieliśmy pierwszy raz. Wieczorkiem „impreza” w namiociku czyli dużo śmiechu.
Sebastian: „Miasteczko Longyearbyen – super atmosfera, super ludzie – Tutaj mogę żyć, tutaj mogę mieszkać – miejsce marzenie! Kościół – miła atmosfera – nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że w takim miejscu się znajdę – kościół – nie jako firma, miejsce gdzie każdy od nas coś chce – kościół, który po prostu może dać schronienie, jest stworzony dla ludzi, nie jak w Polsce głównie dla księży”. W dniu dzisiejszym również „odwiedzamy Światowy Bank Nasion – …nie trzeba komentować – „żałosny jak Global Seat Voult” :D , podobnie komentuje to Jarek: „- Globalny Bank Nasion – od momentu zobaczenia budowli tego cudownego schronu (który na zdjęciach wyglądał super, a w rzeczywistości … skoda gadać) przyjęło się powiedzenie Lucka „żenujący jak Global Seed Valut””

Reklama : auto gaz katowice

10 września 2010r.

Kolejna noc bez warty więc mieliśmy okazję się wyspać. Popatrzyliśmy na mapę i zaplanowaliśmy na dziś wyjście na lodowiec. Idąc w jego kierunku musieliśmy przejść obok kościółka, wiec oczywiście skorzystaliśmy z okazji żeby coś zjeść w ciepłej świetlicy. Tamtejszy ksiądz protestancki jest bardzo sympatyczny i nigdy nam nic powiedział jak odwiedzaliśmy to miejsce. Po obiadku poszliśmy na lodowiec. To było coś niesamowitego !!! Nagle mgła się rozeszła, pojawiły się niesamowite widoki. Wszędzie biało w oddali zachodzące słońce – każdy był pod niesamowitym wrażeniem… Próbowaliśmy zjeżdżać z lodowca na workach lecz nasze próby marnie się kończyły.

Z lodowca zeszliśmy ok. 22.00, nie mieliśmy już siły na szukanie noclegu, nie mieliśmy też siły na nocną wartę, dlatego rozbiliśmy nasze namioty w opuszczonych klatkach dla psów. Nie było to przyjemne miejsce, budziło grozę i zniesmaczenie (szczególnie u Lucka), ale było w nich w miarę bezpieczne (dzięki takiemu rozwiązaniu znów mogliśmy odpuścić sobie pełnienie wart).

arktyka-2010#ixzz1Iknxfg92

Powstało królestwo mafii i prostytucji”

kwiecień 6th, 2011

Trzy lata temu w Kosowie panowała euforia, ulice wypełniały krzyczące tłumy z albańskimi flagami, słychać było klaksony samochodów, kosowskich Albańczyków ogarnął zbiorowy entuzjazm. Także część elit europejskich jednostronną deklarację niepodległości Kosowa witała z nieproporcjonalną wręcz radością. Już następnego dnia wiele krajów unijnych uznało niepodległe Kosowo. Tylko pięć krajów (Rumunia, Słowacja, Cypr, Grecja i Hiszpania) aż do tej pory nie uznało samozwańczej republiki. I to one, jak widać z perspektywy czasu, miały rację. Bo niezależne Kosowo dalej jest królestwem mafii, dotowanym przez Europę i międzynarodowe organizacje.

Reklama : leżak

O niespełna dwumilionowe Kosowo toczą spór także historycy, czy jest to terytorium rdzennie serbskie czy albańskie. Choć niektórzy historycy uważają, że pozostałe ślady wskazują na to, że Kosowo pierwotnie zamieszkiwała ludność pochodzenia ilirskiego (od którego ponoć mają się wywodzić dzisiejsi Albańczycy), faktem jest, że to właśnie tutaj powstało w IX wieku n.e. pierwsze państwo serbskie. I stąd rządzili serbscy królowie, którzy byli po śmierci chowani w licznie rozsianych po całym Kosowie klasztorach. Kosowo było też miejscem starcia potęgi tureckiej i zjednoczonych sił chrześcijańskich pod wodzą księcia Łazarza Hrebljanovicia – i choć w bitwie na Kosowym Polu w 1389 roku zginęli obaj przywódcy i sama bitwa nie została rozstrzygnięta, to od tego momentu datuje się początek końca państwowości serbskiej.

Reklama : psycholog z internetu

Jeszcze na początku XX wieku jednak większość mieszkańców Kosowa stanowili Serbowie. Zaczęło się to zmieniać zwłaszcza po II wojnie światowej, kiedy na pewien czas została otwarta granica z Albanią i do Kosowa przedostawali się masowo albańscy uchodźcy, a także na wskutek polityki marszałka Tity, która sprzyjała osiedlaniu się tu Albańczyków (np. Serbom, którzy w czasie wojny uciekli z Kosowa, nie pozwalano się tu z powrotem osiedlać). Z czasem proporcje między ludnością serbską a albańską zaczęły się zmieniać. Na korzyść Albańczyków działała także w dużej mierze demografia, kosowskie kobiety należą do najpłodniejszych w Europie, współczynnik dzietności wynosi tu ponad 7 dzieci na kobietę. Od lat 80. trwała jednocześnie akcja ruchu proalbańskiego (podziemny system szkolnictwa, zalążki armii kosowskiej itp.) i jej tłumienia przez serbskie siły.

Reklama : psychiatrzy warszawa
Po 1989 roku i słynnym przemówieniu Slobodana Miloszevicia w 600-lecie bitwy na Kosowym Polu jasne się stało, że prędzej czy później dojdzie tu do wybuchu wojny domowej. I dekadę później dochodziło do regularnych starć między siłami serbskimi i albańskimi. Wzajemne czystki miały zakończyć naloty NATO na Jugosławię, rozpoczęte w marcu 1999 roku, wskutek których zginęło kilka tysięcy niewinnych ludzi. I owszem, po zakończeniu nalotów Serbowie przestali wyrzynać Albańczyków, za to Albańczycy zaczęli wyrzynać Serbów (z ponad 200 tys. mieszkających tu przed interwencją Serbów, zostało zaledwie kilkanaście tysięcy). I nawet obecność sił KFOR nie jest w stanie pohamować przemocy.

Reklama : sprzedaż blach perforowanych
Czym jest obecne Kosowo? Królestwem mafii i prostytucji, utrzymywanym za zagraniczne pieniądze. Pomimo, iż już od trzech lat jest niezależne, patologie dalej istnieją i mają się dobrze. Dalej bowiem przez Kosowo przechodzi największy w Europie szlak przemytu heroiny (aż 60 proc. tych narkotyków sprzedawanych w Europie jest transportowanych przez Kosowo) i handlu żywym towarem, którego ofiarami pada rocznie kilkadziesiąt tysięcy kobiet. Paradoksalnie, obecność żołnierzy i dobrze opłacanych urzędników instytucji międzynarodowych nasila zjawisko prostytucji.

Reklama : salon kosmetyczny kraków

Niedawno inne ciemne oblicze kosowskiej niezależności pokazała m.in. Rada Europy, której śledztwo udowodniło, że prominentni kosowscy politycy na czele z premierem Hashim Traci zamieszani byli w handel organami ludzkimi. Już była haska prokurator, Carla del Ponte kilka lat temu pisała w swojej autobiografii, że w Kosowie gangi mafijne wyłapywały młodych Serbów, których torturowano, a części ich ciał sprzedawano (nerki, płuca itp). Swoją drogą szkoda, że wiedząc o tym del Ponte nie robiła nic, by walczyć z tym. Fakt, że o udział w zbrodni podejrzewany jest Thaci, przecież premier Kosowa, w złym świetle stawia tutejsze elity polityczne. Zresztą Hashim Thaci nigdy nie cieszył się dobrą opinią, był przecież pospolitym watażką, który wzbogacił się dzięki handlu bronią.

Reklama : gastrolog warszawa

Niezależnie od tych spekulacji, dzisiejsze Kosowo nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Pod żadnym względem. Prawie nie ma elit politycznych, a te które istnieją, są albo marginalizowane (jeśli mają zbyt demokratyczne korzenie i uczciwe cele) albo umaczane w nieczyste interesy. Społeczeństwo obywatelskie rodzi się powoli w wielkich bólach. Podobnie jak administracja, system prawny. O respektowaniu praw mniejszości (głównie serbskiej i cygańskiej) nie ma mowy. Korupcja jest wszechobecna, podobnie jak rządy mafijnych bonzów. Jakakolwiek działalność, czy to gospodarcza, czy społeczna jest kontrolowana przez mafię. W efekcie ludzie albo ulegają presji mafii i płacą haracze albo rezygnują z aktywności. A uparci są po prostu fizycznie eliminowani. Pensje i emerytury są wypłacane nieregularnie. Nasila się polaryzacja kraju na warstwę milionerów (głównie mafijnych) i coraz większą grupę ludzi, żyjących na granicy ubóstwa. Kosowo utrzymuje się niemal wyłącznie dzięki pomocy międzynarodowej.

Reklama : kominki makroterm

Z politycznego punktu widzenia poza mafią kosowską jedyną stroną, która w jakimś sensie zyskała na niepodległości Kosowa są Stany Zjednoczone, które dzięki wspieraniu ludności albańskiej mają możliwość budowania baz wojskowych na Bałkanach. Może się jednak okazać, biorąc pod uwagę silną obecność i rosnące wpływy fundamentalistycznych islamistów (nota bene Osama Bin Laden kilkakrotnie odwiedzał Kosowo), że Ameryka – podobnie jak to zrobiła 30 lat temu w Afganistanie z talibami – ponownie wyhoduje sobie żmiję na własnym łonie. Europa natomiast nie dość, że finansowo ciągle dokłada do Kosowa, to w dodatku ma w postaci tej republiki tykającą bombę.

Negatywne polityczne efekty niezależności Kosowa już widać, potwierdzają się czarne przewidywania i casus Kosowa jest wykorzystywany przez kolejne separatystyczne regiony. Na ten właśnie przykład powoływały się przecież w sierpniu 2008 roku Abchazja i Osetia, chcące się oderwać od Gruzji i wspierająca je w tym Rosja, która cynicznie przypominała, że Kreml przecież uczciwie z wyprzedzeniem ostrzegał przed uznawaniem niezależności Kosowa.

Reklama : sprzedaż krat pomostowych
Jakie jest rozwiązanie problemu kosowskiego? Patrzenie kosowskiej władzy na ręce i uzależnianie dalszych dotacji finansowych od np. respektowania praw mniejszości narodowych, ochrony miejsc historycznych i sakralnych, przeprowadzania reform. I wzmocnienie obecności międzynarodowej policji i wojska na terenie Kosowa – błędem jest wycofywanie się stamtąd sił NATO. Jak się nawarzyło piwa, to trzeba je wypić.

Równi i równiejsi

kwiecień 6th, 2011

Niedawny wypadek Roberta Kubicy podczas rajdu samochodowego we Włoszech ujawnił nieeksponowaną dotąd specjalnie stronę jego osobowości, a mianowicie jego religijność i jej specyficzne pojmowanie. Zresztą specyficzne pojmowanie religijności ujawnił przy tej okazji również kardynał Dziwisz.

Wypadek we Włoszech to nie pierwszy tak poważny wypadek Kubicy. Już w 2007 roku, gdy jego bolid dosłownie roztrzaskał się w kawałki podczas wyścigu Formuły 1 w Montrealu, wydawało się, że nasz kierowca nie wyjdzie z tego bez poważnych obrażeń. A jednak wyszedł, praktycznie bez szwanku.

Reklama : auto skup Warszawa

Kontrowersyjny podarunek kardynała

Kibica twierdził, że uratowała go wtedy opieka Jana Pawła II, którego imię umieścił wcześniej na swoim kasku. Tym razem obrażenia Kubicy były znacznie poważniejsze. Nie zraziło go to jednak do dalszego szukania opieki i wstawiennictwa u zmarłego papieża Polaka. Media doniosły, że poprosił kardynała Stanisław Dziwisza o obrazek z Janem Pawłem II. Zapewne poruszony wiarą kierowcy, który przez wiele miesięcy w roku każdą niedzielę spędza na torze wyścigowym, kardynał postanowił obdarować go czymś o wiele cenniejszym — relikwiami Jana Pawła II, a dokładnie kroplą jego krwi i fragmentem szaty. Telewizja pokazała, jak hierarcha zamaszystym gestem — nieco dziwnym, jak na zwyczajowe obchodzenie się duchownych katolickich z relikwiami — niemal wbił relikwiarz w dłoń żegnającego się z nim dziennikarza, który został poproszony o jego dostarczenie Kubicy do szpitala.

Reklama : ubranka dla dziewczynek

Okoliczności i sposób przekazania tego daru wzbudziły wiele kontrowersji u samych katolików. Na jakiej zasadzie kardynał tak swobodnie dysponuje relikwiami? Czy na takiej samej jak miejscami pochówku na Wawelu? Czy każdy, kto poprosi, będzie miał taką samą jak Kubica szansę otrzymania kolejnej kropli krwi papieża Polaka? Dlaczego w ogóle kardynał darowuje relikwiarze przed beatyfikacją Jana Pawła II? W tradycji katolickiej robi się to dopiero po wyniesieniu świętego na ołtarze. Skąd u kardynała krew papieża? Jak i kiedy wszedł w jej posiadanie? Ile jej jeszcze ma?

Reklama : wynajem podnośników

Otoczenie kardynała szybko zorientowało się, że odbiór społeczny kardynalskiego gestu wcale nie jest taki jednoznacznie dobry. Pojawiły się wyjaśnienia, że kardynał nie zdecydował sam, lecz za zgodą specjalnego urzędu kościelnego; że właściwie to inicjatywa wyszła od samego kierowcy; że krew pochodzi z przedoperacyjnych badań ciężko chorego papieża z roku 2005 i choć powinna być zniszczona, to lekarze zgodzili się przekazać cenną ampułkę z krwią chorego papieża kardynałowi.

Reklama : schody drewniane Będzin

Wyjaśnienia jak wyjaśnienia — jednych przekonują, innych nie. Dlaczego na przykład w pierwszej wersji twierdzono, że to Kubica poprosił o relikwię, by w drugiej wersji mówić już tylko o prośbie o pamiątkę po papieżu, a w trzeciej — że chodziło mu właściwie o obrazek z wizerunkiem Jana Pawła II? Jak w tym kontekście odczytywać tak hojny gest kardynała? Dlaczego tak postąpił? Bo Kubica to sportowiec, Polak, krakowianin — jak papież? To niesportowcy, nie-Polacy i niekrakowianie nie mają u przyszłego świętego, reprezentowanego tu przez kardynała Dziwisza, szans?

Reklama :  poduszki

Jedyne, co mnie w tych wyjaśnieniach nieco uspokoiło, to wiadomość, że chodzi o jedną ampułkę krwi, bo po pierwszych doniesieniach zacząłem sobie wyobrażać, że skoro kropla krwi papieskiej jest tak cenną relikwią, a przy tym tak swobodnie rozdawaną, to ilu jeszcze ją dostanie i ilu jeszcze kardynałów ma tę krew, i czy w ogóle zmarłemu papieżowi pozostawiono jej choć trochę. W końcu w tradycji katolickiej pobieranie fragmentów ciał zmarłych na relikwie było i — jak pokazał ostatnio przykład z ciałem księdza Popiełuszki — jest bardzo popularne.

Reklama : koraliki do biżuterii

Czy relikwie są zgodne z Biblią?

Poza kroplą krwi kardynał podarował Kubicy również kawałek papieskiej sutanny — oba dary z nadzieją na szybkie wyleczenie naszego mistrza kierownicy. Nad tym darem warto się zatrzymać, zwłaszcza że w nauce katolickiej próbuje się uzasadniać biblijnie kult relikwii. Kościół powołuje się na opisany w 19. rozdziale Księgi Dziejów Apostolskich przypadek zanoszenia chorym fragmentów szat, które miały styczność z apostołem Pawłem, dzięki czemu chorzy byli uzdrawiani. Rzecz działa się w Efezie, gdzie „niezwykłe (…) cuda czynił Bóg przez ręce Pawła, tak iż nawet chustki lub przepaski, które dotknęły skóry jego, zanoszono do chorych i ustępowały od nich choroby, a złe duchy wychodziły” [1].

Reklama : leżak reklamowy

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to fakt, że uzdrawiał Bóg, a nie przedmioty. Drugie — że za pośrednictwem apostoła, i to żywego, a nie martwego. Trzecie — że cuda dokonane w Efezie nawet jak na cuda były wyjątkowe, niezwykłe, a co za tym idzie rzadkie. Dlaczego? O tym niżej. Na początek przyjrzyjmy się tym chustkom i przepaskom. Prawdopodobnie chodzi tu o chustki, którymi apostoł wycierał sobie pot z twarzy, gdy pracował jako wytwórca namiotów [2].

Reklama : materace wodne

Przepaski to prawdopodobnie krótkie fartuszki, jakich używali zwykle rzemieślnicy, a w tym przypadku Paweł. Wygląda na to, że gdy apostoł wykonywał swoje rzemiosło, przychodzili do niego ludzie z prośbami o uzdrowienie chorych, a on — być może nie mając zawsze możliwości pójścia z nimi — dawał im (może na ich prośbę) czy to chustkę, którą wytarł twarz, czy swój fartuszek, aby im zanieśli. I choć dochodziło do uzdrowień, to „moc” tych przedmiotów należy oceniać tak samo jak „moc” rąbka szaty Jezusa z historii o uzdrowieniu kobiety chorej 12 lat na krwotok, czy „moc” gliny użytej do uzdrowienia niewidomego [3].

Reklama : maszyny szwalnicze

W pierwszym z tych przypadków wycieńczona chorobą kobieta, nie mogąc się dostać do Jezusa, by osobiście poprosić o uzdrowienie, podjęła desperacką decyzję, żeby choć dotknąć się Jego szaty, wierząc, że ten śladowy kontakt z Mistrzem ją uzdrowi. Kiedy jej się to wreszcie udało, Jezus odczuł, że wyszła z Niego moc. Chora została uzdrowiona. Ale przez co? Dotyk? Płaszcz? Moc Jezusa? „Córko, wiara twoja cię uzdrowiła, idź w pokoju” — powiedział Jezus. To, co ją uzdrowiło, to połączenie jej wiary i mocy Chrystusa.

Reklama : pizza bucuresti

Pisałem już kiedyś, że przekonanie o „mocy” ukrytej w pamiątkach po sławnych ludziach sprawia, że za kurtkę Presleya, sukienkę Marilyn Monroe czy gitarę Lennona inni ludzie gotowi są zapłacić dziesiątki, a nawet setki tysięcy dolarów. Chodzą na koncerty czy spotkania ze swoimi idolami w nadziei oderwania im od ubrania choćby guzika czy tasiemki. Na tej samej zasadzie wielu chrześcijan wierzy, że przechowywane do dziś przedmioty lub inne pozostałości po postaciach biblijnych są święte i niosą z sobą uzdrawiającą moc. Na takich niebiblijnych wierzeniach w przeszłości robiono interesy, oferując do sprzedaży na przykład drzazgi z krzyża, na którym rzekomo wisiał Pan Jezus, czy kolce z rzekomej korony cierniowej [4].

Reklama : allegro

Wracając do Pawłowych chustek i przepasek (fartuszków), mogły być one dla chorych dowodem, że ich sprawa została przedstawiona samemu apostołowi, który darowując je, potwierdził tym wolę ich uzdrowienia. Po raz kolejny spotkały się wiara ludzi i moc Boża. Tak naprawdę wystarczają tylko one. Większość uzdrowień opisanych w Nowym Testamencie polegała na dotknięciu chorych przez Jezusa czy apostołów, a czasami nawet dotknięcie było zbędne — to działało na odległość. Dlaczego w Efezie Bóg wybrał tak niezwykły sposób uzdrawiania? Ponieważ ówczesny Efezie był, jak wynika z kontekstu, silnym ośrodkiem czarnoksięstwa, praktykowania zaklęć i posługiwania się cudami demonicznego pochodzenia. Bóg musiał posłużyć się takimi cudami, które w oczach mieszkańców były ewidentnie mocniejsze od tych praktykowanych przez czarowników i zaklinaczy.

Reklama : kravmaga Zawiercie

Dzisiejszy kult relikwii ma się nijak do tego biblijnego kontekstu. Jest wręcz naruszeniem drugiego przykazania dekalogu, które zakazuje bałwochwalstwa, oddawania czci przedmiotom: „Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył (…)” [5]. Przykładem takiego bałwochwalstwa jest historia biblijnego Nehusztana, miedzianego węża sporządzonego przez Mojżesz na polecenie Boga i umieszczonego na drewnianym drągu, a którego kilka stuleci po śmierci Mojżesza Izraelici zaczęli czcić. Bóg uznał to za grzech i kazał ten symbol, pamiątkę zniszczyć [6].

Reklama :  szklarz Wrocław

Zaproszenie do pierwszego rzędu

Kilka dni po kontrowersyjnym podarunku kardynał Dziwisz wykonał kolejny gest wobec Kubicy, zapraszając go na uroczystości beatyfikacyjne Jana Pawła II do Watykanu i obiecując miejsce w pierwszym rzędzie najważniejszych gości. Kardynał powiedział, że wielu młodych ludzi wzoruje się na Kubicy, a Kościół potrzebuje jego świadectwa (jak rozumiem — świadectwa wiary) i dobrych rezultatów.

Reklama :  księgowość mokotów

Niby nic takiego, a jednak coś mnie dziwi — ta niezwykła zdolność hierarchów Kościoła powszechnego do niemal natychmiastowego wykorzystywania wszelkich ważnych wydarzeń, koncentrujących uwagę całego społeczeństwa, do promocji swojego Kościoła. Tak było na przykład z tragedią smoleńską, na którą od zaraz zmuszeni byliśmy patrzeć przez pryzmat wojny krzyżowej z Krakowskiego Przedmieścia (może niewywołanej przez Kościół, ale za to niepotrzebnie przeciągającej się przez brak zdecydowanego stanowiska ze strony jego hierarchów). W tym samym czasie pojawił się też pomysł umieszczenia części skrzydła prezydenckiego tupolewa w przygotowywanej nowej sukni na obraz Marii Jasnogórskiej. Teraz z Kubicą jest podobnie.

Reklama : hale plandekowe

Skoro jego losem interesuje się cała Polska, to czemu nie miałaby się przy okazji zainteresować relikwiami i — jeszcze bardziej niż już się interesuje — sprawą beatyfikacji? Może ci, którzy nie interesują się Kościołem, ale interesują się Formułą 1, za sprawą Kubicy zwrócą uwagę na Kościół? Nawet logiczne, ale czy nie przeszkadza kardynałowi, że jako świadka wiary stawia przed innymi osobę, która ścigając się zawodowo przez większość niedziel w roku, permanentnie łamie to katolickie święto? Nieważne. Ważne, że to jeden z najsłynniejszych kierowców wyścigowych świata, a jego obecność na majowej uroczystości w Watykanie jeszcze bardziej ją uświetni i ściągnie przed telewizory nawet tych, którzy nigdy nic z Watykanu nie chcieliby oglądać. Czy nie jest to coś, co można określić ogrzewaniem się w promieniach cudzej sławy?

Reklama : poliwęglan lity

Jak to nagłe i, jak się wydaje, nadprogramowe zainteresowanie kardynała osobą Roberta Kubicy ma się choćby do nauki z Listu Jakuba o nieczynieniu różnicy między wierzącymi w wyznawaniu wiary w Jezusa Chrystusa? „Bo gdyby na wasze zgromadzenie przyszedł człowiek ze złotymi pierścieniami na palcach i we wspaniałej szacie, a przyszedłby też ubogi w nędznej szacie, a wy zwrócilibyście oczy na tego, który nosi wspaniałą szatę i powiedzielibyście: Ty usiądź tu wygodnie, a ubogiemu powiedzielibyście: Ty stań sobie tam lub usiądź u podnóżka mego, to czyż nie uczyniliście różnicy między sobą i nie staliście się sędziami, którzy fałszywie rozumują?” [7]. Odpowiedź pozostawiam Czytelnikom.

Reklama : sprzedaż lin stalowych

* * *

Ktoś może powiedzieć: nie twój Kościół, nie twój kardynał; co ci do tego, co rozdaje i kogo na co zaprasza? Fakt. Ale Jezus, którego kardynał Dziwisz, jak twierdzi, pośrednio reprezentuje, jest już mój, jako chrześcijanina. On wybrał mnie, a ja wybrałem Jego. I nie jest mi obojętne, ani nikomu z chrześcijan nie powinno być, w jakim świetle się Go stawia i jak instrumentalnie się traktuje kwestie wiary.

Reklama :  psycholodzy warszawa

A samemu Robertowi Kubicy, który niewątpliwie może być dla młodzieży wzorem pracowitości, konsekwencji w dążeniu do wyznaczonych celów i sportowej pasji, życzę jak najszybszego (jak na kierowcę wyścigowego przystało) powrotu do zdrowia, w czym na pewno mu pomoże bezpośrednia modlitwa do jedynego Ojca Świętego w niebie. Żeby nie było żadnych wątpliwości — do Boga Ojca!

Andrzej Siciński

Witaj świecie!

kwiecień 4th, 2011

Witaj w WordPress. To jest twój pierwszy wpis. Zmień go lub usuń, a potem zacznij blogowanie!